Lubicie zagadki z przeszłości?
Witold Wedler jako nastolatek zakochał się w trzynastoletniej Sarze. Jednak
zanim miłość wykiełkowała, Sara zaginęła. Teraz Witold ma czterdzieści lat i
nietypowe ataki padaczki, podczas których słyszy dziwną, lecz znajomą
muzykę. By zaznać spokoju i odpowiedzi jedzie do Brzezińca - miejscowości, w
której po raz ostatni Sara była widziana. Rozpoczyna śledztwo, które odkryje
przed nim mnóstwo mrocznych tajemnic z przeszłości.
Śledztwo Witolda nie było rollercosterem pędzącym z ogromną prędkością. To
składanie obrazu z miliona małych puzzli. Nie do końca czułam, żeby to tempo
było odpowiednie dla mnie. Bardzo chciałam dowiedzieć się, co wydarzyło się
z Sarą, a z drugiej strony czułam, że trochę zaczyna mnie to wszystko nużyć.
Dopiero kiedy brudne tajemnice mieszkańców zaczęły wychodzić na wierzch,
moje napięcie w oczekiwaniu naprawdę rosło. Zastanawiałam się, ile rzeczy
może wyjść na jaw przy okazji jednego zaginięcia?
Książka została podzielona na to co dzieje się obecnie u na to co działo
się w czasach gdy Witold i Sara byli dziećmi. Dzięki temu miałam możliwość
poznania całej sprawy bardziej szczegółowo. Część z młodzieńczych lat
bohaterów świetnie oddała klimat lat 90. Dzieciaki spędzające całe dnie na
bieganiu i zabawach, bez jakiejkolwiek wiedzy rodziców o tym gdzie są i co
robią. Beztroska i płynąca z rodziców wiara, że przecież nic nie może się
dzieciom stać.
Choć początkowo nie koniecznie byłam do niej przekonana i trochę mi się
ciągła to zakończenie... Zakończenie było świetne! To nie jest książka,
która wrzuca czytelnika w szaleńczą pogoń za rozwiązaniem zagadki. To
książka, która grzebiąc w przeszłości, zbiera okruchy, które prowadzą do
zakończenia, w którym nagle wszystkie elementy wchodzą na odpowiednie
miejsce. Czułam, że prawda była tak blisko, ale bez tych wszystkich
drobnostek, nie było możliwe jej poznanie. Jeśli więc lubisz książki, które
są taką układanką z mnóstwem elementów i z efektem końcowym wbijającym w
fotel to "Sprawa Sary" jest idealna dla ciebie.